Trochę niepowagi.

"Life is too important to be taken seriously."

Czarna Żmija

Oscar Wilde powiedział kiedyś, że „jest tylko jedna rzecz gorsza od pisania o mizernych sitcomach: pisanie o znakomitych sitcomach”. Dobra komedia broni się bowiem sama, natomiast pastwienie się nad słabą jest zadaniem równie łatwym co jałowym. W przypadku „Czarnej Żmii” recenzent z góry znajduje się na straconej pozycji. Zanim zabrałem się do pisania, postanowiłem odświeżyć sobie kilka odcinków. Wystarczył godzinny seans, by opuściła mnie cała literacka pewność siebie a moje pióro niespodziewanie przybrało na wadze. Dotarło do mnie, że czegokolwiek nie napiszę, najatrakcyjniejszą część tekstu i tak będą stanowiły cytaty. „Żmija” to przecież humor słowny klasy mistrzowskiej, absolutne wyżyny błyskotliwego sarkazmu i największe osiągnięcie w dziedzinie rozbudowanych obelg od czasów tego człowieka:

tumblr_mm761vDoID1spfvgdo1_250

Jeśli należycie do tych nieszczęsnych ludzi, którzy Rowana Atkinsona kojarzą tylko z „Jasiem Fasolą”, Mirandę Richardson znają z „Jeźdźca bez głowy”, a Hugh Lauriego – z „House’a”,  jestem Wam winien krótkie wprowadzenie. Wspomniany serial to zrealizowana w latach osiemdziesiątych produkcja BBC skupiająca się na losach Edmunda Blackaddera, potomka znakomitego angielskiego rodu oraz jego sługi Baldricka, potomka niefortunnego spotkania hodowcy świń i kobiety z brodą. Każdy z czterech sześcioodcinkowych sezonów rozgrywa się w innej epoce historycznej, kolejno: na piętnastowiecznym dworze królewskim, w czasach elżbietańskich,  na początku XIX wieku i podczas I Wojny Światowej.

Bez tytułu

Główny bohater to w prawie wszystkich przypadkach (o tym później) całkowicie wyzbyty skrupułów manipulator, którego motto brzmi: „Człowiek może walczyć o różne rzeczy. Ojczyznę, zasady, przyjaciół, błyszczące łzy na złotym dziecięcym policzku. Osobiście jestem gotowy na zapasy w błocie z własną matką za pełną sakiewkę,  zabawny zegar i tonę francuskiej pornografii”. Nie jestem odosobniony w opinii, że to najlepsza rola w karierze Rowana Atkinsona. Jeden ze scenarzystów wspomina:

„Rowan miał też tę władczo-sarkastyczno-arystokratyczną stronę, którą uwielbialiśmy i której pisanie przychodziło nam bardzo naturalnie.”

Rzeczywiście trudno wyobrazić sobie kogoś innego w tej roli. Atkinson jest fenomenalny i doskonale odnajduje się w roli cynicznego drania o kamiennej twarzy, często wzbudzając salwy śmiechu na widowni (II sezon nagrywany był z udziałem publiczności) samym spojrzeniem czy pojedynczym słowem.

Baldrick (Sir Tony Robinson) to reprezentant najniższego stopnia drabiny społecznej, którego jedyną życiową aspiracją jest wejście w posiadanie jak największej rzepy. Specjalizuje się w „szczwanych planach” oraz potrawach z gnoju. Kolejna świetna kreacja: Robinson gra bezmózga na tyle wiarygodnie, że trudno uwierzyć, że ktoś powierzył mu prowadzenie programów popularnonaukowych. Baldrick, choć ma aparycję częściowo ogolonej małpy a zdolnościami umysłowymi ledwo dorównuje drożdżom, jest w gruncie rzeczy bardzo sympatyczną postacią. Jego szczera, prostolinijna tępota ma w sobie coś rozczulającego. Jest zbyt głupi by być niegodziwy i stoi zbyt nisko w społecznej hierarchii, żeby się nią przejmować.

Wśród stałej obsady należy jeszcze wymienić Tima McInnerny’ego, który w pierwszych trzech sezonach wciela się w Lorda Percy’ego, by rozwinąć skrzydła w czwartym jako sfrustrowany wojskowy gryzipiórek – Kapitan Kevin Darling. Wspomnianą trójkę wspomaga cała gama świetnych angielskich aktorów, między innymi Stephen Fry, Hugh Laurie, Miranda Richardson czy Brian Blessed.

captain_darling_season_4

Humor „Czarnej Żmii” stanowi jedyną w swoim rodzaju mieszankę niewybrednych dowcipów, wyszukanego sarkazmu, zabawy słowem, purnonsensu i ostrej satyry. Scenarzyści nie biorą jeńców – dostaje się po równo Kościołowi, Francuzom, Niemcom, homoseksualistom, Anglikom, Szkotom, postaciom historycznym, politykom, poetom romantycznym i Charliemu Chaplinowi. Jednak największą zaletą serialu jest wyważenie. Zanim widz znudzi się słowną szermierką, pojawia się jakiś karczemny żart, złagodzony po chwili wyrafinowaną ironią czy błyskotliwą grą słów. Twórcy niejednokrotnie zbliżają się do granicy dobrego smaku, ale nigdy jej nie przekraczają – to prawdziwa sztuka, która Anglikom udaje się częściej niż innym nacjom [sugestywne spojrzenie w stronę Niemców i Amerykanów]. Łatwo również zauważyć, że scenarzyści doskonalili się w swoim fachu głównie na sketch shows i przenieśli swój kunszt tworzenia zwięzłych, zabawnych scenek na grunt sitcomu.

Reasumując: „Żmija” to świetny serial a kto nie widział, ten trąba. Właściwie mógłbym tutaj zakończyć, ale nie za to mi nie płacą. Dlatego poniżej przedstawiam wyniki tegorocznego konkursu „The best of Blackadder” – nagrody przyznawanej w pięciu kategoriach, które przed chwilą wymyśliłem.

P.S. Drugi punkt zawiera duży (jak na serial komediowy) spoiler.

P.P.S. Jeżeli nie oglądaliście „Czarnej Żmii”, ale lubicie angielski humor – zacznijcie od drugiej serii. W przeciwnym wypadku na początek polecam trzecią lub czwartą. Istnieją fani, którzy uważają pierwszy sezon za najlepszy, ale wszyscy się mylą.  

1. Kategoria: Najlepsza decyzja scenariuszowa

Zwycięzca: Przebudowa postaci Czarnej Żmii i Baldricka

metamorfoza

Przenieśmy się na chwilę do późnych lat siedemdziesiątych, okresu przez wielu uważanego za złotą erę britcomów, głównie za sprawą kultowego „Hotelu Zacisze”, uznanego przez Brytyjski Instytut Filmowy za najlepszy program w dziejach wyspiarskiej telewizji. Gdy Rowan Atkinson (Doctor Who) i Richard Curtis („To właśnie miłość”, „Notting Hill”) – dwójka utalentowanych scenarzystów zachłyśniętych sukcesem NTNOCN, postanowiła rzucić wyzwanie tradycyjnej formule sitcomu, uosabianej przez wspomniany serial, zapewne mało kto wierzył w sukces tego przedsięwzięcia. Całkiem słusznie. Pierwszemu sezonowi „Czarnej Żmii”, bo właśnie ta produkcja była owocem ich współpracy, nie można odmówić rozmachu: mamy zdjęcia plenerowe na majestatycznym zamku Alnwick (znany głównie z roli Hogwartu), tłumy statystów, konie i cytaty z Szekspira, ale skutkuje to wakatami w dziale Błyskotliwych Dialogów oraz Niewymuszonego Humoru. Przede wszystkim zabrakło jednak wyrazistego protagonisty. Jak później skomentował Curtis:

Próbowaliśmy zrobić zbyt wiele z postacią Rowana w pierwszej serii. Był jednocześnie agresywny, głupi, wytworny, tchórzliwy i odważny.

Atkinson sformułował to bardziej dobitnie:

To interesujące, jak niezwykły kostium i durna fryzura nie tworzą niezwykłej postaci (…) Wydaje mi się, że zaletą współczesnej BBC jest fakt, że nikt by do tego nie dopuścił – pozwolić dwójce młodych, twórczych ludzi pojechać do Alnwick i rozpocząć zdjęcia.

Wspomniany bohater to książę Edmund, syn fikcyjnego króla Anglii Ryszarda IV a przy tym, w przeciwieństwie do swoich przebiegłych potomków, pierwszorzędny jełop. Atkinson stara się jak może, z konieczności wykorzystując swój nieprzeciętny talent do physical comedy, ale w porównaniu z kolejnymi awatarami Edmunda Blackaddera, pierwszy wypada niezwykle blado. Nad całą pierwszą serią niespodziewanie dominuje postać króla, w którą wcielił się Brian Blessed, nie bez powodu uznawany za modelowy przykład Large Ham.

Chłodne przyjęcie wśród recenzentów utarło trochę nosa młodym twórcom, ale nie zabiło ich zapału. Częściowo przez przypadek nawiązali współpracę z Benem Eltonem, który zastąpił Atkinsona przy scenariuszu następnej serii. Wkrótce otrzymali jednak list, w którym kierownictwo stacji decydowało się przełożyć kolejny sezon ad Kalendas Graecas, zasłaniając się zbyt wysokimi kosztami produkcji. Jak wspomina producent, John Lloyd:

To był szalony weekend. Richard, Ben i ja przy trzech maszynach do pisania, desperacko wycinając wszystkie zdjęcia plenerowe, głupie kostiumy, wszystko co było zbyt drogie. Dwa dni później wręczyłem szefowi działu rozrywki scenariusz ze słowami: „Proszę. To najtańszy sitcom w telewizji. Czy możemy dostać jeszcze jedną szansę?”

Na szczęście dla wszystkich miłośników angielskiego humoru, odpowiedź stacji była pozytywna. Drugi sezon to nie tylko zmiana scenerii (trafiamy na dwór Elżbiety I Tudor), ale przede wszystkim kompletna przebudowa pierwszoplanowych postaci. Lord Blackadder, potomek głupkowatego księcia, to wytworny dworzanin o nienagannych manierach i iście makiawelicznym charakterze (co ciekawe, analogiczną koncepcja głównego bohatera możemy zobaczyć w nigdy nie wyemitowanym pilocie serialu – patrz: punkt czwarty). Baldrick z kolei przemienia się z elokwentnego spryciarza w całkowitego idiotę. Metamorfoza okazała się strzałem w dziesiątkę: zarówno Rowan Atkinson, jak i Tony Robinson odnaleźli się idealnie w nowych rolach i głównie dzięki temu serial zyskał międzynarodową  popularność, zdobył trzy Złote Maski (BAFTA) i jedną nagrodę Emmy oraz na stałe zagościł w panteonie brytyjskich produkcji komediowych.

2. Najlepsza postać epizodyczna

Zwycięzca: Lord Flashheart

50f5f566-18a0-45a0-b34c-eaef0607067e

Wyobrażam sobie, że każdy scenarzysta komediowy przechodzi co jakiś czas załamanie. Gdy hektolitry kawy, setki papierosów, niezliczone ścieżki kokainy i bogaty wachlarz klejów przestaje wystarczać do wyprodukowania kolejnego zabawnego dialogu, celnej pointy czy subtelnego innuendo pozostaje tylko jedno wyjście. Jak ujął to kiedyś Robin Williams: „when in doubt, go for the dick joke„. Niektórzy zatrzymują się na tym etapie, inni próbują go przeczekać, jeszcze inni uciekają w autoironię. Twórcy „Czarnej Żmii” wpadli na ciekawsze rozwiązanie. Postać Lorda Flashhearta to wentyl bezpieczeństwa sfrustrowanego scenarzysty. Single entendre, niewybredne dowcipy, naciągane riposty, tandetne teksty – jeśli tylko zostaną wykrzyczane przez Rika Mayalla, nie tylko przestają budzić niesmak, ale zaczynają być niepokojąco śmieszne. Udaje się nawet przemycić żart z gatunku „…czy cieszysz się na mój widok„! Jednocześnie Flashheart jest tak przerysowany, że nie da się go traktować poważnie nawet jako bohatera komediowego. Na tym właśnie polega fenomen tej postaci – może śmieszyć sama z siebie lub jako kpina z rynsztokowego poczucia humoru, w obu przypadkach pozostając równie zabawna.

3. Kategoria: Najciekawsze podejście do historii

Zwycięzca: Czarna Żmija: Jak spędziłem I Wojnę Światową (Blackadder goes Forth)

tony-robinson-431x3001

Umieszczenie serialu komediowego w realiach historycznych to ryzykowne posunięcie. Dlaczego? Cóż, o ile w przypadku pierwszego sezonu, rozgrywającego się w XV wieku, świat przedstawiony mieści się dla przeciętnego widza w kategorii „dawno i nieprawda”, to wraz z kolejnymi seriami zaczyna oscylować wokół „braliśmy to w szkole”, by wreszcie niebezpiecznie zbliżyć się do „zaraz, mój dziadek zginął podczas I Wojny Światowej”. Luźne podejście do historii mogło ujść twórcom płazem w przypadku trzech pierwszych sezonów, ale czwarty wymagał niezwykłego wyczucia. Dobrze obrazuje to scena z filmu dokumentalnego „Blackadder rides again”. Ben Elton, stojąc na ogromnym cmentarzu wojskowym, wspomina:

 „Podkreślaliśmy w rozmowach, żeby nie uciekać się do prostych szyderstw z heroizmu tych ludzi. Stojąc tu dzisiaj, cieszę się, że tego nie zrobiliśmy”

Jak zatem taktownie żartować z krwawego szaleństwa, którego okrucieństwo i masowość nie mają precedensu w historii zachodniej cywilizacji? Jak zrealizować serial komediowy wiedząc, że wciąż mogą żyć świadkowie tamtych wydarzeń, którzy w swoich pamiętnikach pisali:

„Byłeś między młotem a kowadłem. Ruszysz naprzód, zastrzelą cię. Cofniesz się, osądzą cię i zastrzelą. Co do cholery możesz zrobić?”

„Znałem takich, którzy kończyli ze sobą. Żołnierzy, którzy podrzynali sobie gardła na przepustkach bo nie mogli wytrzymać dłuższego siedzenia w okopach.”

„Trafił do mnie jakiś nieszczęśnik. Półgłówek. Przydzielono go do mojej kompanii i uciekł, złapaliśmy go i znowu zwiał, w końcu miał być rozstrzelany za dezercję. Musiałem wybrać dziesięciu ludzi do plutonu egzekucyjnego (…) Napisałem do jego matki, że zginął w akcji. Tak chyba robili w każdym przypadku.”

„Jeśli ktoś to miał [shell shock – wstrząs pourazowy wywołany dłuższym przebywaniem pod ogniem artyleryjskim, leczony za pomocą egzekucji lub powieści Jane Austen] i nie mógł wejść na okopową drabinę, był rozstrzeliwany za tchórzostwo. Cholera, nie był większym tchórzem niż ja.”

shell-shocked soldier

Wzrok tysiąca jardów, jeden z objawów shell shock.

Scenarzystom czwartego sezonu udała się sztuka z pozoru niemożliwa: salutują poległym żołnierzom, jednocześnie gorzko kpiąc z bezsensowności ich ofiary. Krótkie porównanie pokazuje, że zwierciadło, w którym ukazują wojenny horror, nie jest tak krzywe jak się z początku wydaje. Czarna Żmija stwierdza w jednym z odcinków, że „ta wojna byłaby dla nas dużo prostsza, gdybyśmy zostali w Anglii i rozstrzeliwali 50 000 ludzi tygodniowo”. Czarny humor? W ciągu pierwszych kilkunastu godzin bitwy nad Sommą straty brytyjskie wyniosły 60 000 ludzi, w tym 20 000 zabitych. Jeden z pułkowników stwierdził wtedy, że złożona z młodych żołnierzy hekatomba „potwierdziła wnioski brytyjskiego naczelnego dowództwa i stanowczo uzasadniła zastosowaną taktykę”. O jakiej taktyce mowa? Pozwólcie, że wyjaśni ją Wam Generał Sir Anthony Cecil Hogmanay „Insanity” Melchett KCB VC DSO:

Szacunek dla ofiar Wielkiej Wojny nie stępił ostrza dowcipu scenarzystów, które (co dla Anglików charakterystyczne) często kierują w stronę własnego narodu:

„[George]: Wojna rozpoczęła się przez niecnych Szkopów i ich imperialistyczne zapędy!

[Czarna Żmija]: George, Imperium Brytyjskie zajmuje obecnie jedną czwartą globu, podczas gdy niemieckie kolonie ograniczają się do małej wytwórni kiełbas w Tanganice. Nie jestem pewny, czy możemy być całkowicie oczyszczeni z zarzutów w tej kwestii.”

Nie oszczędzają też przedwojennej British Army, którą Żmija nazywa „biurem podróży dla osób o wybujałych potrzebach seksualnych”. Zapytany, dlaczego zaciągnął się do Czerwonych Kubraków, bez wahania odpowiada:

„Widzisz George, w moich czasach wstępnym wymogiem każdej kampanii był fakt, że przeciwnik pod żadnym pozorem nie powinien posiadać broni palnej. Nawet włócznie skłaniały nas do przemyślenia sprawy dwa razy. Ludzie, z którymi lubiliśmy walczyć mieli dwie stopy wzrostu i byli uzbrojeni w suchą trawę.

„Chwila” – powie złośliwy uważny czytelnik – „jak na razie to same szyderstwa, gdzie ten szacunek, o którym pisałeś?”. Odpowiadam: kto nie płakał oglądając ostatni odcinek, niech pierwszy rzuci w scenarzystów kamieniem. Zakończenie czwartej serii nie tylko rozgrzesza autorów z drwiącej postawy, ale jest zupełnie szczerym i pięknym hołdem, dodatkowo wzmocnionym przez kontrast z lekką wymową poprzednich epizodów.

4. Najbardziej szczwany plan Baldricka

Zwycięzca: Ucieczka z więzienia

tumblr_mlwq01HnSq1spsbo3o1_1280

Czasami zastanawiałem się, czym byłaby „Czarna Żmija” bez Sir Tony’ego Robinsona. Kilka miesięcy temu znalazłem odpowiedź i chciałbym z tego miejsca serdecznie podziękować Opatrzności/Losowi/Scenarzystom, że w roli  Baldricka nie obsadzono nikogo innego. Jeśli już zaś mowa o  słudze Czarnej Żmii, nie sposób nie przywołać zdania „mam szczwany plan”, które nie bez powodu stało się najbardziej rozpoznawalną łapfrazą serialu. Chociaż teczka rodu Baldricków w Departamencie Planów Przebiegłych i Subtelnych nie prezentuje się zbyt imponująco, nie można odmówić im starań.  Wśród wielu niekonwencjonalnych konceptów, na szczególne uznanie zasługuje plan ucieczki z więzienia w odcinku „Corporal Punishment”, w którym Czarna Żmija trafia przed sąd wojskowy za zastrzelenie gołębia pocztowego przenoszącego wiadomość, że zastrzelenie gołębia pocztowego staje się przestępstwem podpadającym pod sąd wojskowy. Jego obrońcą miał być Bob Massingbird, „najtęższy umysł w prawniczej historii Anglii”:

[Czarna Żmija] Pamiętasz sprawę Oscara Wilde’a? Wielki, brodaty ogier. Postrach dam. Sto czternaście nieślubnych dzieci, mistrz świata wagi ciężkiej i autor bestsellerowej broszury „Dlaczego Lubię To Robić Z Kobietami”. Massingbird posadził go za bycie ciotą.

Niestety, w wyniku serii niefortunnych zdarzeń, Żmija kończy w więzieniu, gdzie odwiedza go Baldrick z zestawem ucieczkowym, w skład którego wchodzi:

  • malowana drewniana kaczuszka
  • ołówek
  • miniaturowa trąbka
  • strój Robin Hooda

Jeżeli wciąż nie jest dla Was jasne, jak wyżej wymienione przedmioty mogą pomóc w uniknięciu pewnej śmierci z rąk plutonu egzekucyjnego, odsyłam do drugiego odcinka ostatniego sezonu – Corporal Punishment. Przy okazji chciałbym przyznać wyróżnienie w kategorii Najlepiej Przetłumaczony Tytuł – „Rozpoznanie Gnojem” może spokojnie równać się z takimi translaberracjami, jak „Wirujący Seks”, „Podziemny Krąg”, „Czekając na Joe” czy „Orbitowanie bez Cukru”.

5. Kategoria: najlepsze przedstawienie postaci historycznej

Zwycięzca: Elżbieta Wielka

tumblr_mdxml8gRdN1qzagawo1_500

Twórcy serialu podchodzą do historii własnego kraju z podziwu godnym dystansem. Większość postaci zostaje przedstawiona, delikatnie mówiąc, w niekorzystnym świetle. Wśród nich:

Jerzy IV Hanowerski (jeszcze jako regent), sportretowany przez Hugh Lauriego jako rozrzutny, leniwy, zadufany w sobie i wiecznie zadłużony kretyn, co zresztą jest w czterech piątych prawdą, bo choć książę był nie w ciemię bity i przyzwoicie wykształcony, na tym kończyła się krótka lista jego przymiotów. Oddajmy na chwilę głos jemu współczesnym:

„Nigdy nie było osoby bardziej godnej pożałowania niż zmarły król. Czy czyjeś oko uroniło nad nim łzę? Czy czyjeś serce przeszyło choć najmniejsze ukłucie bezinteresownego bólu?”

[The Times]

„Najgorszy człowiek, jakiego spotkałem w życiu. Najbardziej samolubny, fałszywy, złośliwy, pozbawionym choć jednej chwalebnej cechy”

[Arthur Wellesley, książę Wellington] 

„Nie istnieje bardziej godne pogardy, tchórzliwe, zadufane w sobie, nieczułe indywiduum. Było kilka dobrych i mądrych królów, ale niezbyt wielu, a ten jest moim zdaniem jednym z najgorszych.”

Jerzy III, który pojawia się pod koniec trzeciego sezonu – zupełny pomyleniec, uważający się za „małą wioskę w hrabstwie Lincoln z pięknym widokiem na dolinę Nene”.  Również w tym przypadku autorzy nie mijają się znacząco z prawdą – król rzeczywiście chorował psychicznie, zaś pod koniec życia popadł w zupełny obłęd – zdarzało mu się ucinać pogawędkę z drzewami, które brał za europejskich monarchów, rozmawiać ze zmarłymi oraz monologować od rzeczy przez kilkanaście (rekordowo 58) godzin.

Marszałek polowy Haig, którego mamy okazję zobaczyć w ostatnim odcinku serialu, jest obiektem szyderstw przez cały czwarty sezon. Przedstawiony zostaje jako rasowy postrzeleniec i krwawy rzeźnik, gotowy bez mrugnięcia okiem poświęcić życie setek tysięcy żołnierzy w imię własnej ambicji. Gdy wreszcie pojawia się na ekranie, widzimy go przy makiecie pola bitwy, jak nonszalancko przewraca figurki reprezentujące brytyjskich żołnierzy, po czym zamiata je na szufelkę i wyrzuca. Żmija wielokrotnie komentuje niekompetencję głównodowodzącego i jego generałów:

[Czarna Żmija zostaje poinformowany, że niemiecki szpieg wykradł plany bojowe]

[Melchett] Wyglądasz na zaskoczonego, Żmija.

[Czarna Żmija] W istocie jestem zaskoczony, sir. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że mamy plany bojowe.

[Melchett] Oczywiście, że mamy! Jak inaczej dowodzilibyśmy bitwami?

[Czarna Żmija] Nasze bitwy są dowodzone, sir?

[Melchett] Oczywiście, że są, Żmija. Dowodzone zgodnie z Wielkim Planem!

[Czarna Żmija] Czy to ten plan, który mówi o kontynuowaniu krwawej jatki aż wszyscy będą martwi oprócz Marszałka Haiga, Lady Haig oraz ich żółwia Alana?

Jak było w istocie? W tym przypadku odpowiedź jest skomplikowana. W zbiorowej świadomości Anglików upowszechnił się (umocniony zresztą przez „Blackaddera”) stereotypowy obraz żołnierzy Zjednoczonego Królestwa walczących w Wielkiej Wojnie jako „lwów dowodzonych przez osłów”. Generałowie mieli być wąsatymi, arystokratycznymi bufonami w galowych mundurach, bez wahania posyłającymi na pewną śmierć młodych żołnierzy, którzy z powodu polityki rekrutacyjnej musieli często patrzeć na śmierć swoich przyjaciół. Rzeczywistość, jak to zwykle bywa, jest odrobinę bardziej złożona. I Wojna Światowa była konfliktem bez precedensu, British Army miała doświadczenie głównie w tłumieniu kolonialnych rebelii wzniecanych przez skąpo odzianych ludzi uzbrojonych w zaostrzone owoce, nie zaś prowadzeniu działań wojennych na niespotykaną dotąd skalę, z doskonale uzbrojonym, zdeterminowanym i pozbawionym poczucia humoru przeciwnikiem oraz „cholernymi żabojadami” u boku. Niedostatecznie rozwinięta technika (czołgi, transportery, samoloty) uniemożliwiała skuteczne wsparcia piechoty, tym samym wykluczając inne metody przerwania impasu na zachodnim froncie niż kolejne szarże piechurów. Zainteresowanych tematem odsyłam do dwóch artykułów (pro i kontra), szczególnie zainteresowanych – do książek.

Elżbieta I Tudor była córką Henryka VII i Anny Boleyn i w swoim czasie najpotężniejszą kobietą na świecie. W „Czarnej Żmii” posadzono na angielskim tronie krzyżówkę bezlitosnej despotki i kapryśnej dziewczynki z zamiłowaniem do dekapitacji katolików, dziecinnych psikusów i alkoholu. Scenarzyści kpią również z przydomku „Królowa-Dziewica”.

„[Sir Raleigh]: Przywiozłem  podarunki przekraczające najśmielsze sny Waszej Wysokości!

[Królowa]: Jesteś pewny? Mam dość śmiałe sny, wiesz? Nie jestem pewna co oznaczają, ale ostatnio śniło mi się takie olbrzymie drzewo a ja siedziałam na samym czubku…

[Melchett]: Wasza wysokość…

[Królowa]: Innym razem byłam pasztecikiem z kiełbaską…

[Melchett]: Wasza wysokość!”

tumblr_md4er4FSyo1r7e7seo1_500 tumblr_mdi2j2glAg1r9ko5bo1_500

Żadna postać historyczna nie odgrywa w serialu równie ważnej roli. Elżbieta właściwie buduje cały drugi sezon. Jej wybuchowy temperament połączony z absolutną władzą nieustannie wpędza Czarną Żmiję w kolejne tarapaty, tym samym zawiązując akcję kolejnych odcinków. Miranda Richardson jest fantastyczna – za pomocą modulacji głosu, mimiki i śmiechu osiąga przekonujący efekt spontaniczności, dzięki czemu jej bohaterka sprawia wrażenie dojrzewającej nastolatki, nieustannie zawieszonej gdzieś między kucykami a seksem i całkowicie nieprzewidywalnej. Tony Robinson zdradził w wywiadzie, że aktorka w rzeczywistości jest perfekcjonistką i za pozorowaną improwizacją kryła się precyzyjnie określona koncepcja, co budzi jeszcze większy podziw dla kunsztu artystki. Richardson nie znalazła się na planie „Czarnej Żmii” przypadkiem – scenarzyści mieli świadomość kluczowego znaczenia postaci Królowej dla sukcesu drugiego sezonu (a w konsekwencji – całego serialu) i dlatego wybierali bardzo ostrożnie – zanim trafili na właściwą, przesłuchali aż 50 aktorek!

Reklamy

Kilka mitów na temat broni białej

Broń do walki wręcz towarzyszy nam w życiu codziennym dużo rzadziej niż przed stuleciami, jednak aż nazbyt często pojawia się w grach komputerowych, powieściach, komiksach czy filmach. Autorzy tychże mają często swobodny stosunek do wiedzy archeologów i bronioznawców, czasem poszerzając swoją ignorancję o prawa fizyki i zdrowy rozsądek. To specyficzne rozumienie licencji poetyckiej jest przyczyną wielu mitów i nieporozumień, które narosły wobec białej broni. Mam nadzieję, że część z nich uda mi się obalić w tym artykule.

1. Efekt miecza świetlnego

Wyobraźcie sobie, że jesteście zamożnym piętnastowiecznym arystokratą. Nie podzielacie entuzjazmu innych rycerzy na temat bitewnej chwały i wolelibyście nie mieć okazji do ćwiczenia ars moriendi w praktyce. Postanawiacie więc wydać niemałą fortunę i sprowadzić z Mediolanu doskonałą zbroję płytową. Przed bitwą spędzacie kilkadziesiąt minut w pit-stopie, podczas gdy giermkowie wkładają na Was trzydzieści kilogramów stali.  Wsiadacie na równie opancerzonego konia, ruszacie do bitwy i zostajecie natychmiast poćwiartowani przez zgraję oderwanych od pługa chłopów. Nie brzmi to zbyt sensownie, prawda? Jednak jest to jedno z najpowszechniejszych błędnych przekonań dotyczących skuteczności broni białej.

Postawmy sprawę jasno: zbroi nie da się przeciąć. Kropka. Zbroja powstała i ewoluowała przez wieki, bo ktoś kiedyś pomyślał „byłoby świetnie, gdyby nasi żołnierze nie umierali za każdym razem, gdy ktoś uderzy ich ostrym przedmiotem”. Gdyby efekty noszenia zbroi ograniczały się do zwiększenie ryzyka udaru cieplnego, zawężenia swobody ruchów i pola widzenia oraz debetu na koncie, rycerze walczyliby w bieliźnie. Pełna zbroja płytowa była całkowicie odporna na cięcia, dawała niezłą ochronę przed bronią obuchową (dzięki starannemu wytłumieniu), w większości wypadków chroniła również przed strzałami z łuku. Była podatna jedynie na atak kopią lub strzał z ciężkiej kuszy.

„No dobrze, spryciarzu, ale jako przykład podałeś najlepszy rodzaj zbroi, jaki powstał. Miecze radziły sobie z lżejszym  odmianami, prawda?”

Nie. Kolczugi z przeszywanicami, zbroje z grubej skóry, pancerze łuskowe a nawet chińskie zbroje zrobione z wielu warstw laminowanego papieru zapewniały skuteczną ochronę przed cięciami. Dlatego na polach bitewnych tak chętnie używano broni drzewcowej czy obuchowej. Włócznie, gizarmy, partyzany, berdysze itp. były skuteczne nawet przeciwko cięższym pancerzom, nie wymagały specjalnego przeszkolenia oraz – co istotne – „wszystko działo się na drugim końcu, który był dość daleko”. 

2. Zbrocze

Po angielsku ten element ostrza bywa niepoprawnie określany jako „blood grove”, co jest nazwą jeszcze bardziej sugestywną od polskiej. To szerokie wgłębienie wzdłuż klingi nie powstało jednak, wbrew powszechnemu mniemaniu, aby ułatwić spływanie krwi. Jest to element o charakterze czysto technologicznym. Aby zrozumieć, po co je stosowano, potrzebujemy krótkiego kursu z zakresu wytrzymałości konstrukcji. Wyobraźmy sobie belkę o prostokątnym przekroju, którą próbujemy zgiąć:

Na ilustracji widzimy, że zginanie to tak naprawdę połączenie ściskania dolnej części i rozciągania górnej. Możemy również zauważyć, że naprężenia rosną liniowo wraz z odległością od płaszczyzny symetrii. Skoro na środku (w pobliżu tak zwanej płaszczyzny neutralnej) naprężenia są najmniejsze, możemy bezkarnie uszczknąć stamtąd trochę materiału. W ten sposób otrzymamy belkę o identycznej sztywności i dużo mniejszej masie. Właśnie dlatego elementy nośne konstrukcji mają często kształt dwuteowników. Ponieważ zależy nam na minimalizacji masy broni, ale nie chcemy robić tego kosztem obniżonej sztywności, dodanie zbrocza w klindze jest bardzo korzystnym zabiegiem.

3. Katana

Najwspanialsza broń biała jaką kiedykolwiek stworzono. Wykonywana z doskonałej jakości stali, uszlachetnianej technikami znanymi tylko japońskim kowalom i bijąca na głowę wszystkie wytwory europejskich mieczników. Zdolna przeciąć na pół kwiat lotosu płynący strumieniem, jedwabną chustę niesioną podmuchem wiatru czy pechowego wieśniaka. Zagorzałych fanów samurajskich mieczy zachęcam do przerwania lektury w tym momencie i zainteresowania się następnym punktem. Prawda jest okrutna i przedstawia się następująco: katany to stosunkowo prymitywna broń, wykonywana z nienajlepszej stali przez najbardziej zachowawczych rzemieślników w historii.

Byłoby w dobrym tonie uargumentować tak radykalną opinię. Zacznijmy od historii. Może być zaskakujące, że katana w formie przypominającej egzemplarze znane z kultury masowej pojawiła się dopiero pod koniec okresu Muromachi (Ashikaga), który trwał od XIV do XVI wieku! Co było wcześniej? Przed X wiekiem dominowały miecze o prostej głowni  (jap. Chokutō – prosty miecz), oparte na dokonaniach chińskich mieczników z Epoki Trzech Królestw (II wiek). Na okres od X do XVI wieku przypada powstanie, rozwój i stopniowy zanik mieczy Tachi. Podczas dwóch wielkich inwazji mongolskich w XIII wieku Japończycy mieli rzadką okazję zmierzyć się z zewnętrznym wrogiem. Rezultaty były miażdżące – Mongołowie mieli przewagę taktyczną, technologiczną i liczebną oraz zupełny brak zahamowań, tak skwitowany przez anonima w dziele Hachiman Gudōkun:

Zgodnie z naszym sposobem walki musimy najpierw wywołać po imieniu kogoś z szeregu nieprzyjaciół a następnie zmierzyć się z nim w pojedynku. Mongołowie nie zważali jednak na takie konwencje. Szarżowali wspólnie w wielkiej masie, chwytając każdego w zasięgu i mordując. 

Kraj Kwitnącej Wiśni dwukrotnie został uratowany przez naturę. W 1274 roku burza zmusiła zwycięskie siły mongolskie do wycofania się na statki i odpłynięcia. Podczas drugiej inwazji siedem lat później, Japończycy byli już przygotowani – wznieśli Genkō Bōrui, czyli kamienny mur o długości dwudziestu kilometrów. W serii potyczek udało się zepchnąć przeważające siły mongolsko-chińskie na wybrzeże. Tym razem deus ex machina przyjął formę tajfunu, nazwanego później boskim wiatrem (jap. kamikaze):

To bardzo ciekawe, ale gdzie w tym wszystkim katany? Spieszę z wyjaśnieniami: oprócz nieuzasadnionego przekonania o swojej niezwyciężoności, Japończycy wynieśli z opisanych wyżej wojen ważne doświadczenie, które brzmiało następująco: „Mongołów jest trudno przeciąć a nasze Tachi za szybko się niszczą”. Wynikiem tego spostrzeżenia była niezwykle radykalna modyfikacja formy japońskiego miecza. Była to zmiana gwałtowna jak gniew buddysty, prawdziwy przewrót kopernikański japońskiej sztuki mieczniczej: zaczęto mocować broń do góry nogami! Oprócz tego Uchigatana, czyli nowy typ miecza był nieco cięższy, krótszy i szerszy. Jednak dla niewprawnego oka wygląda po prostu jak odwrócone Tachi. Nowa broń z założenia przeznaczona była do walki pieszej, ale dalej uważano, że niewielki jelec tarczkowy da wystarczającą ochronę dłoni, głowica jest zbędną fanaberią a dla zwiększenia skuteczności wystarczy „zwiększyć masę”. To właśnie miałem na myśli pisząc o niebywałym konserwatyzmie rzemieślników w Kraju Wschodzącego Słońca. Zbiorcze zestawienie tysiąca lat rozwoju japońskich mieczy wygląda jak folder handlowy Apple’a: wszystkie modele są piękne, minimalistyczne i dokładnie takie same. W państwach Europy w tym samym przedziale czasowym powstały setki rodzajów mieczy, które z czasem przekształciły się w rapiery, by wreszcie stać się szpadami. Równolegle rozwijały się szable oraz dziesiątki innych broni tak różnorodnych, że wymykają się klasyfikacjom. Tymczasem forma katany pozostała niezmieniona (czytaj: nie ulepszana) przez dobre kilka wieków.

Kolejnym mitem jest unikatowość procesu technologicznego zastosowanego przy wytwarzaniu samurajskich mieczy. Pomysł łączenia ze sobą warstw stali o różnych zawartościach węgla w celu poprawy właściwości wytrzymałościowych ostrza był znany Celtom (tak zwany dziwer lub damast zgrzewany) już w VII wieku przed Chrystusem! Do Japonii dotarł z Chin dopiero za czasów dynastii Tang (około VIII-X wieku naszej ery). Selektywne hartowanie również było sztuczką znaną w Europie i Azji. Podobnym nieporozumieniem jest jakość japońskiej stali. Była ona wytwarzana z piasku żelazistego co skutkowało otrzymaniem stopów o różnej zawartości węgla. Opisane wyżej techniki stanowiły właśnie sposób radzenia sobie z tą sytuacją: rdzeń wykuwano z bardziej sprężystej stali, natomiast zewnętrzną część wytwarzano z twardszej i bardziej kruchej stali wysokowęglowej. Kilkukrotne składanie i ponowne zgrzewanie pomagało wyeliminować defekty i ujednolicić materiał poprzez równomierne rozłożenie dodatków w osnowie.

Dlaczego więc katana była podstawową bronią samurajów – japońskiej kasty wojowników? Odpowiedź może wydać się zaskakująca: nie była. Pierwotną bronią tych wojowników był długi łuk o asymetrycznej konstrukcji pozwalającej na strzelanie z siodła. W późniejszym okresie, gdy samurajowie zeszli z koni, chętnie sięgali po broń drzewcową (naginata, yari) oraz obuchową (kanabō, jutte). Miecz był symbolem kasty i statusu, elementem tradycji i ceremoniału,  jednak nie stanowił najważniejszego elementu wyposażenia w warunkach bojowych.

Podsumowując: katany nie były ani ponadprzeciętnie skutecznie, ani wyjątkowo wytrzymałe. Niewątpliwie mają w sobie piękno i egzotyczny urok, ale pod względem formy są raczej toporne i nie umywają się do różnorodnych typów broni europejskiej. Były bronią stworzoną do określonego celu (walka w zbroi z pojedynczym przeciwnikiem, często słabo uzbrojonym), nie musiały więc rozwinąć ani rozbudowanej ochrony dłoni, ani innych elementów charakterystycznej dla broni naszego kręgu kulturowego. Japonia była przez wieki krajem odizolowanym, większość konfliktów miała wewnętrzny charakter a realia pól bitewnych przez setki lat pozostawały niezmienione. Nic więc dziwnego, że ewolucja uzbrojenia aż do XIX wieku zachodziła w bardzo powolnym tempie. Bogata symbolika i rozbudowany ceremoniał związany z tą bronią i jej wytwarzaniem przemawia do wyobraźni, ale jest również źródłem wielu mitów. Podobnie jak samurajowie byli ludźmi (często skłonnymi do oszustw, morderstw i innych niegodziwości) a nie bezwzględnie honorowymi wojownikami niezwyciężonymi w walce, tak samo katana to zwykły miecz o prostej budowie a nie mityczny oręż zdolny przecinać lufy karabinów (legenda często powtarzana w kontekście walk na Pacyfiku podczas II Wojny Światowej).

4. Efekty specjalne

Z bronią białą w popkulturze jest jak z kosmicznymi bitwami w Gwiezdnych Wojnach: wiemy, że dźwięków i płomieni nie powinno być, ale jednocześnie ich oczekujemy. Angielski poeta Samuel Coleridge określił to zjawisko zgrabnym terminem „willing suspension of disbelief”, czyli „chcące (dobrowolne) zawieszenie niewiary”. Współczesna wersja to „the rule of cool”, zdefiniowana następująco:

The limit of the willing suspension of disbelief for a given element is directly proportional to the element’s awesomeness.

Dlatego właśnie czytając niektóre książki skazani jesteśmy na kwiatki w rodzaju „świszczących zamachów” i „metalicznych dźwięków miecza wyciąganego z pochwy”, natomiast obowiązkowym elementem filmowych pojedynków jest deszcz iskier. Jak jest naprawdę? Z akustycznego punktu widzenia, walka na miecze jest mało efektowna.  Wywijając półtorakilogramową sztabą można wygenerować co najwyżej cichy szum, a i to jest raczej trudne. Rapierem czy szpadą można było uzyskać  lepszy efekt, jednak są to bronie głównie kolne, więc „świszczące cięcia” nie miały racji bytu (patrz: punkt piąty). Może chociaż wyciąganie broni z pochwy skutkuje tym wspaniałym dźwiękiem, który niektórzy z nas imitowali w dzieciństwie tuż przed okładaniem ulubionym patykiem kolegów z podwórka? Niestety. Pochwy wykonywane były najczęściej z drewna czy skóry, więc wyciąganie oręża odbywało się prawie bezszelestnie, z wyjątkiem tych rzadkich przypadków, kiedy pod wpływem drgań wzbudzonych procedurą dobywania, klinga zmieniała się w wielki kamerton. Kolejnym ciekawym zagraniem, popularnym zwłaszcza wśród czarnych charakterów, jest widowiskowe tępienie ostrza poprzez przesuwanie nim po chropowatej powierzchni. Sztuczka ta oprócz efektów dźwiękowych zawiera również wizualne (w postaci fontanny iskier). Po raz kolejny muszę Was rozczarować: walka na broń białą to nie jest pokaz typu „światło i dźwięk”. Iskry, owszem, zdarzają się, ale raczej przypominają odwijanie taśmy izolacyjnej w ciemności niż pojedynek na spawarki.

5. Każda broń jest sieczna

Oglądając filmy czy grając w gry komputerowe można odnieść wrażenie, że jedyną akcją ofensywną, jaką dysponują walczący niezależnie od broni, jest potężne cięcie. Pchnięcia, jako ruchy z konieczności oszczędne zapewne nie prezentują się zbyt dobrze na ekranie, ale trzeba pamiętać, że w rzeczywistości były często dużo groźniejszą formą ataku. Filigranowa XVIII wieczna szpada wygląda niepozornie w porównaniu z mieczem czy cięższą szablą, ale w rzeczywistości była narzędziem niezwykle zabójczym. Ze względu na niewielką wagę, możliwe było bardzo precyzyjne prowadzenie broni przy minimalnym nakładzie sił. Dodajmy do tego bardzo dużą zdolność penetrującą nawet najlżejszych pchnięć i stanie się jasne, dlaczego wiele pojedynków szpadowych kończyło się tak:

Głęboka rana kłuta oznaczała wówczas najczęściej śmierć na skutek wewnętrznego krwotoku lub wylewu, uszkodzenia ważnych organów czy  zakażenia. Starcia na szable rzadziej kończyły się śmiercią, jednak adwersarze często wychodzili z nich poważnie okaleczeni. Jak pisał w XVIII wieku Jędrzej Kitowicz:

Szablą jeden drugiemu obciął rękę, wyciął gębę, zranił głowę, krew zatem dobytą z adwersarza tamowała zawziętość.

Nie dziwi zatem fakt, że niektóre portrety z epoki wyglądały następująco:

 

El sueño de la razón

Image

Gdy rozum śpi budzą się demony

proste wynikanie zbyt eleganckie by być prawdą

***

W rzeczywistości demony czuwają

rozumowi zdarza się za to:

drzemać zamyślić się usnąć

***

Czasem nawet szturchają go powtarzając „zbudź się”

WordPress reloaded.

Blog umarł śmiercią gwałtowną, chociaż naturalną. Analiza przyczyn wskazała następujących winnych:

1. Perfekcjonizm

Trudno jest pisać często, jeśli sklecenie zdania pojedynczego zajmuje średnio trzy minuty. Dopóki nie oduczę się zachowywać jak Grand z „Dżumy”, mogę zapomnieć o regularnych wpisach.

2. Wrażenie braku czasu

Rodzaj urojenia, który uniemożliwia mi przeznaczenie godziny na lekturę książki czy pisanie, ale jednocześnie nie powstrzymuje mnie przed spędzeniem połowy dnia na YouTubie i jednoczesnym oszukiwaniu się, że coś robię.

3. Niemoc twórcza

Do niedawna myślałem, że obcowanie z bogactwem Sieci ma działanie stymulujące. W moim przypadku jest jednak odwrotnie: kalejdoskop zdjęć, filmów, tekstów i dźwięków wtłacza w rolę widza, czytelnika i słuchacza, ograniczając aktywność do obsługi kółka myszy. Potęguje się też nieprzyjemne wrażenie, że wszystko już było i nic nowego nie można wymyślić.  Przypominają mi się słowa R.W. Emersona: „wszystkie moje najlepsze myśli zostały ukradzione przez starożytnych.” 

4. Brak motywacji

Nieważne, czego próbujesz się nauczyć: Internet pokaże Ci, że istnieje czteroletnie dziecko, które robi to lepiej niż Ty kiedykolwiek będziesz w stanie. Być może niektórych to motywuje, na mnie działa przygnębiająco.

Wracam mądrzejszy o te kilka błędów.

Long time no see, TV.

Telewizji nie mam już od siedmiu lat. Powód jest prozaiczny, żadne tam „media kłamią!”, „precz z kulturą masową!”, „nienawidzę Złotopolskich!”.  Po prostu w trakcie przeprowadzki jakoś zapomnieliśmy kupić odbiornik i tak już zostało. Podczas ostatniej wizyty u krewnych i znajomych nadarzyła się okazja do dłuższego rendez-vous ze szklanym ekranem. Możliwości są dwie: albo ja zmądrzałem, albo ona zgłupiała do szczętu. Druga opcja wydaje mi się niestety bardziej prawdopodobna.

***

Weźmy na przykład rozrywkę. TVP2, TVN i Polsat, aby wypełnić czymś przerwy pomiędzy blokami reklamowymi, wprowadziły do swojej ramówki fascynujące programy, z których każdy ma być konkurencją dla dwóch pozostałych a jednocześnie wszystkie są łudząco podobne i identycznie idiotyczne. Każdy z tych „Must be the voice of Poland’s got talent ” musi obowiązkowo zawierać cztery elementy:

1. Jurorów. Najlepiej karykaturalnie wyrazistych: dobrych, złych lub śmiesznych. Ich zadaniem jest na przemian mieszanie ludzi z błotem albo wychwalanie pod niebiosa ich niebywałych, długo nieodkrytych talentów. Mogą znać się na tym, o czym mówią, ale nie jest to wymagane.

2. Publiczność. Powinna klaskać, tupać, gwizdać na jury, bujać się w rytm piosenek z zapalniczkami w dłoniach, urządzać owacje na stojąco a w razie potrzeby ciskać w kandydata zgniłymi warzywami. W pierwotnych wersjach tego typu programów widzowie głosowali za pomocą kciuków, czyje flaki mają zostać rozwleczone na piasku areny. Obecnie za pomocą kciuków (za jedyne 2,66 zł z VAT) decydują, kto ma przejść do finału.

3. Oprawę wizualną. Koniecznie zaprojektowana przez nienawidzącego epileptyków daltonistę z zamiłowaniem do laserów, iskier, dymu, reflektorów przeciwlotniczych, płomieni, WordArtów i irytujących dżingli.

4. Prowadzących. Muszą być kretynami dotkniętymi nieustającą werbalną biegunką albo przynajmniej sprawiać takie wrażenie. Wymagana jest umiejętność sprawdzania Facebooka co pięć minut.

Oprócz tego mile widzianym elementem są uczestnicy. Wyłania się ich na specjalnych łapankach, zwanych castingami. Dobrze jest, kiedy taki uczestnik coś umie (najlepiej śpiewać). Dodatkowe punkty zdobywa się za bycie dzieckiem do lat 10 (najwyraźniej chcemy udowodnić Chińczykom, że w Polsce też mamy nienormalne matki). Oglądając tę apoteozę debilizmu słyszałem krzyki mordowanych bez litości szarych komórek. Udało mi się jednak poczynić kilka obserwacji:

1. Kora powinna otwierać usta tylko w celu jedzenia, picia lub śpiewania.

2. Małgorzata Foremniak nie powinna ich otwierać wcale.

3. Polsat niezwykle efektywnie wykorzystuje potencjał techniki zwanej z angielska product placement. Wystarczy magiczna formuła „audycja zawiera lokowanie produktu” i prowadząca może sobie pozwolić na takie stwierdzenia, jak: „sprawdźmy, jakie są reakcje na fejsie (sic) na ten fenomenalny występ. Możemy to zrobić dzięki superszybkiemu Internetowi od Cyfrowego Polsatu „. Subtelne jak T-34.

4. Autorzy silą się na angielskie nazwy, które potem i tak wymawia się po polsku. Wojs of Polend? Mast bi de mjuzik? W przypadku firm taki zabieg ma jakieś uzasadnienie (Gino Rossi czy Reserved na pewno brzmią lepiej niż Butpolex i Ubraniopol), ale w telewizji?

5. Niektórzy uczestnicy mieli rzeczywiście niebanalne pomysły (Bruk Braders) albo byli zwyczajnie dobrymi rzemieślnikami (3xKamień).

***

Obdzieracze sumienni zwłok.

Cmentarz lepiej wyglądał nocą. Widząc jedynie kształty, zastępujemy rzeczywiste przedmioty wyobrażeniami. W efekcie kwiaty przestały być sztuczne, znicze tandetne a figury-plastikowe. Nawet górująca nad nekropolią ekspresówka jakby mniej rozpraszała. Światła samochodów i płomienie zniczy stanowiły jedną, żółto-czerwoną kompozycję. Próbowałem odrzucić niedorzeczną myśl, że byłby to dobry pomysł na spot promujący bezpieczną jazdę.

***

Gdy byłem mały, co roku chodziłem z rodzicami postawić znicz przy mogile strażaków poległych w walce z żywiołem. Wynikało to naturalnie z  moich preferencji zawodowych. Gaszenie pożarów nie było co prawda marzeniem numer jeden, ale o zbiorowy grób paleontologów było trudno.

***

Oprócz oklepanych formułek lub kiepskich rymowanek, zdarzają się na grobach ciekawe napisy. Na przykład: „Uśmiechnij się, bo uśmiech jest mową duszy”. Równie oryginalny: „Tu leży N.N., górnik, wraz z żoną/nieustraszeni bojownicy o Polskę Ludową/zamordowani przez zbirów z N.S.Z”.

***

Jest na tym cmentarzu grób-pomnik żołnierzy AK, harcerzy, powstańców śląskich, legionistów. Litery wymalowano złotawą farbą. Były ładniejsze, z brązu, ale ukradli. W telewizji: „Komercjalizacja Wszystkich Świętych”. Z niewiadomych przyczyn dodano pytajnik na końcu. Pokazują, jak to pod cmentarzem można hot-doga kupić, dziecku balonik i watę cukrową a sobie skarpety. Ostrzegają, że hieny z grobów kradną i na nowo sprzedają oraz uczą taką hienę rozpoznać. Tak sobie myślę, że najłatwiej po śmiechu.

Stało się.

Jakiś czas temu pomyślałem: założę bloga. Jeden z głosów w mojej głowie przytomnie zauważył, że nie mogę pisać, skoro nie mam o czym. Krótka wizyta w tym miejscu utwierdziła mnie w przekonaniu, że jednak mogę.

Z początku pomysłów było wiele, ale większość szybko zarzuciłem. Literatura? Nie znam się. Szermierka? Nikt z Was się nie zna. Polityka? Wszyscy się znają, a każdy lepiej od pozostałych. Wybór tematów postanowiłem odłożyć na później.

Przekucie powziętego zamiaru w czyn ma dla mnie znaczenie terapeutyczne. Od dłuższego czasu zmagam się bowiem ze szkodliwą w skutkach tendencją do odkładania rzeczy na później. „Jutro” to u mnie najbardziej pracowity dzień. Zjawisko to, jeszcze niedawno zwane po ludzku nieróbstwem lub próżniactwem, obecnie stanowi opisane przez psychologów, zbadane i opatrzone łacińską nazwą zaburzenie. Być może wkrótce zdiagnozowana prokrastynacja (bo o niej mowa) zastąpi listy żelazne w postaci zaświadczeń o dysleksji, dysortografii, dyskalkulii, dysgrafii etc. Niestety, nie ma jeszcze instytucji, która wydawałaby stosowne ekspertyzy, więc zmuszony jestem podjąć kurację.

Recepta jest prosta. Żeby schudnąć, trzeba przestać żreć, żeby rzucić papierosy, należy przestać palić. Podobnie z lenistwem-wystarczy przestać się opierdalać. Być może siedzenie przed ekranem o 03:51 i poprawianie po raz setny tekstu, którego na razie i tak nikt nie przeczyta, nie jest bardzo rozwojowe, ale i tak przewyższa maltretowanie kółka myszy na zupie.