Long time no see, TV.

by Sebastian Dziadzio

Telewizji nie mam już od siedmiu lat. Powód jest prozaiczny, żadne tam „media kłamią!”, „precz z kulturą masową!”, „nienawidzę Złotopolskich!”.  Po prostu w trakcie przeprowadzki jakoś zapomnieliśmy kupić odbiornik i tak już zostało. Podczas ostatniej wizyty u krewnych i znajomych nadarzyła się okazja do dłuższego rendez-vous ze szklanym ekranem. Możliwości są dwie: albo ja zmądrzałem, albo ona zgłupiała do szczętu. Druga opcja wydaje mi się niestety bardziej prawdopodobna.

***

Weźmy na przykład rozrywkę. TVP2, TVN i Polsat, aby wypełnić czymś przerwy pomiędzy blokami reklamowymi, wprowadziły do swojej ramówki fascynujące programy, z których każdy ma być konkurencją dla dwóch pozostałych a jednocześnie wszystkie są łudząco podobne i identycznie idiotyczne. Każdy z tych „Must be the voice of Poland’s got talent ” musi obowiązkowo zawierać cztery elementy:

1. Jurorów. Najlepiej karykaturalnie wyrazistych: dobrych, złych lub śmiesznych. Ich zadaniem jest na przemian mieszanie ludzi z błotem albo wychwalanie pod niebiosa ich niebywałych, długo nieodkrytych talentów. Mogą znać się na tym, o czym mówią, ale nie jest to wymagane.

2. Publiczność. Powinna klaskać, tupać, gwizdać na jury, bujać się w rytm piosenek z zapalniczkami w dłoniach, urządzać owacje na stojąco a w razie potrzeby ciskać w kandydata zgniłymi warzywami. W pierwotnych wersjach tego typu programów widzowie głosowali za pomocą kciuków, czyje flaki mają zostać rozwleczone na piasku areny. Obecnie za pomocą kciuków (za jedyne 2,66 zł z VAT) decydują, kto ma przejść do finału.

3. Oprawę wizualną. Koniecznie zaprojektowana przez nienawidzącego epileptyków daltonistę z zamiłowaniem do laserów, iskier, dymu, reflektorów przeciwlotniczych, płomieni, WordArtów i irytujących dżingli.

4. Prowadzących. Muszą być kretynami dotkniętymi nieustającą werbalną biegunką albo przynajmniej sprawiać takie wrażenie. Wymagana jest umiejętność sprawdzania Facebooka co pięć minut.

Oprócz tego mile widzianym elementem są uczestnicy. Wyłania się ich na specjalnych łapankach, zwanych castingami. Dobrze jest, kiedy taki uczestnik coś umie (najlepiej śpiewać). Dodatkowe punkty zdobywa się za bycie dzieckiem do lat 10 (najwyraźniej chcemy udowodnić Chińczykom, że w Polsce też mamy nienormalne matki). Oglądając tę apoteozę debilizmu słyszałem krzyki mordowanych bez litości szarych komórek. Udało mi się jednak poczynić kilka obserwacji:

1. Kora powinna otwierać usta tylko w celu jedzenia, picia lub śpiewania.

2. Małgorzata Foremniak nie powinna ich otwierać wcale.

3. Polsat niezwykle efektywnie wykorzystuje potencjał techniki zwanej z angielska product placement. Wystarczy magiczna formuła „audycja zawiera lokowanie produktu” i prowadząca może sobie pozwolić na takie stwierdzenia, jak: „sprawdźmy, jakie są reakcje na fejsie (sic) na ten fenomenalny występ. Możemy to zrobić dzięki superszybkiemu Internetowi od Cyfrowego Polsatu „. Subtelne jak T-34.

4. Autorzy silą się na angielskie nazwy, które potem i tak wymawia się po polsku. Wojs of Polend? Mast bi de mjuzik? W przypadku firm taki zabieg ma jakieś uzasadnienie (Gino Rossi czy Reserved na pewno brzmią lepiej niż Butpolex i Ubraniopol), ale w telewizji?

5. Niektórzy uczestnicy mieli rzeczywiście niebanalne pomysły (Bruk Braders) albo byli zwyczajnie dobrymi rzemieślnikami (3xKamień).

***
Reklamy