Stało się.

Jakiś czas temu pomyślałem: założę bloga. Jeden z głosów w mojej głowie przytomnie zauważył, że nie mogę pisać, skoro nie mam o czym. Krótka wizyta w tym miejscu utwierdziła mnie w przekonaniu, że jednak mogę.

Z początku pomysłów było wiele, ale większość szybko zarzuciłem. Literatura? Nie znam się. Szermierka? Nikt z Was się nie zna. Polityka? Wszyscy się znają, a każdy lepiej od pozostałych. Wybór tematów postanowiłem odłożyć na później.

Przekucie powziętego zamiaru w czyn ma dla mnie znaczenie terapeutyczne. Od dłuższego czasu zmagam się bowiem ze szkodliwą w skutkach tendencją do odkładania rzeczy na później. „Jutro” to u mnie najbardziej pracowity dzień. Zjawisko to, jeszcze niedawno zwane po ludzku nieróbstwem lub próżniactwem, obecnie stanowi opisane przez psychologów, zbadane i opatrzone łacińską nazwą zaburzenie. Być może wkrótce zdiagnozowana prokrastynacja (bo o niej mowa) zastąpi listy żelazne w postaci zaświadczeń o dysleksji, dysortografii, dyskalkulii, dysgrafii etc. Niestety, nie ma jeszcze instytucji, która wydawałaby stosowne ekspertyzy, więc zmuszony jestem podjąć kurację.

Recepta jest prosta. Żeby schudnąć, trzeba przestać żreć, żeby rzucić papierosy, należy przestać palić. Podobnie z lenistwem-wystarczy przestać się opierdalać. Być może siedzenie przed ekranem o 03:51 i poprawianie po raz setny tekstu, którego na razie i tak nikt nie przeczyta, nie jest bardzo rozwojowe, ale i tak przewyższa maltretowanie kółka myszy na zupie.

Reklamy